Recenzja dotyczy 4 tomu cyklu Kwiat paproci pani Katarzyny Miszczuk. Recenzje dotyczące poprzednich części znajdują się na moim profilu na portalu Lubimy czytać. I z góry przepraszam, ale tryb prawdziwej zmory mi się włączył więc to nie jest pozytywna recenzja!
Znacie ten
moment, kiedy oglądacie słaby film, ale do końca macie nadzieję, że na końcu
się rozkręci i zakończenie tak was rozwali, że wybaczycie reżyserowi wszystko?
Jednakże film się kończy, a wy siedzicie patrząc na przelatujące litery i
zastanawiacie się dlaczego posłuchaliście głupiego instynktu. Właśnie takie
odczucia mam po tej książce (właściwie po całym cyklu).
W każdej
poprzedniej recenzji pomimo wiader pełnych żali, starałam się znajdować jakieś
zalety „Kwiatu paproci”. Uwielbiam mitologię słowiańską i uważam, że jest
idealnym materiałem na fantastyczne powieści z akcją, o czym pisałam nie raz.
Tyle możliwości: święta, tradycje, miejsca mocy, mitologia, demonologia,
legendy, artefakty... . Można z tego stworzyć historię, w której słowiańszczyzna
aż będzie przeciekać przez palce stając się niemal żywym bohaterem na równi z
ludzkimi postaciami. Tutaj istnieje tylko po to, aby być słabym tłem do taniego
romansu rodem z telenoweli. A na scenie pojawiają się:
- dziewczyna w
ciąży latająca przez pół książki w majtkach i podkoszulce po lesie i marudząca
na brudne skarpety – sztuk jeden.
- nadąsany,
mający niemal PMS mięśniak, który nie wie czego chce, chociaż ponoć wie – sztuk
jeden.
- napakowany bóg
z gołą klatką, który pojawia się tylko, aby gadać bez sensu – sztuk jeden.
- dziwny gościu,
który należy do Dzikiego Gonu, ale nic nie wnosi do fabuły [spoiler: poznają
się z Gosią przez ¾ książki, żeby na końcu jej nie pamiętał, bo był tylko
wizją] – sztuk jeden.
- oraz inni,
który pojawiają się i znikają – sztuk kilka.
Ta ostatnia
część wygląda jak wielki, duży epilog do całej historii. Miała być wielkim
zakończeniem historii, a tak naprawdę rozwinęła wiele nowych wątków, które
oczywiście nie zostają wyjaśnione i nic nie wnoszą do fabuły. Główna bohaterka,
niby dojrzalsza, ale wciąż zachowuje się jak ameba myśląc wyłącznie o nagich
pośladkach swojego faceta i wędrując bez końca. Gosia chodzi po domu, lasach,
wizjach. Wciąż tylko chodzi i marudzi. A kiedy naprawdę znajduje się w
tarapatach zaczyna podskakiwać i cieszyć się jak dziecko, bo coś jej się udało.
Potrafi też nieźle krzyczeć i wydzierać się bez powodu. Nie rozumiem też jak
można przez kilka stron dyskutować z mężczyzną o tym, że to jego dziecko. Gdyby
to była jeszcze inteligenta rozmowa, ale wyglądała mniej więcej tak:
- To twoje
dziecko.
- Nie. Nie mogę
mieć dzieci.
- Ale to twoje
dziecko.
- To moje
dziecko?
- Tak, twoje.
- Przyznaj się.
Zdradzałaś mnie.
- Nie. To twoje
dziecko.
- To moje
dziecko?
itd.
Związek Gosi i
Mieszka opierał się przez cztery tomy wyłącznie na seksie i pożądaniu. Na dobrą
sprawę ta para nawet dobrze się nie poznała, bo nie miała kiedy, ponieważ
biegali po lesie. A kiedy już mieli chwilę to uprawiali seks. Przecież to się
kupy nie trzyma! Dlaczego w tym lesie nie mogło być wiele ciekawych, mrocznych,
pełnych dojrzałych dyskusji scen?! CZEMU!? Dlaczego las w Harrym Potterze jest
Zakazanym Lasem, a ten tutaj tylko...lasem. Leszy czemu wylazłeś dopiero w
ostatnich linijkach i nic nie zrobiłeś!? Cuda wianki w Twoim lesie a Ciebie nie
ma!
Na zakończenie
zaczęło się robić nawet ciekawie, ale po przeczytaniu epilogu zdałam sobie
sprawę, że w momencie kiedy ma się zacząć prawdziwa historia to książka się
skończyła. Zrozumiałam, że całe te cztery tomy można było zawrzeć w dwóch dobrych,
a potem skupić się na tym o czym pani Miszczuk nie napisała już niestety. To by
była główna fabuła, a nie ciągle chodzenie Gosławy po lesie lub jej siedzenie i
użalanie się nad sobą. Wpadała też w tarapaty przez własną głupotę.
Wymiotowała. I upierdliwie starała się dostać do pewnego pokoju. Bo nie tylko
Grey ma specjalny pokój.
Nie lubię tak
oczerniać książek, ale ta historia przeszła samą siebie. Liczyłam! Jako fanka
Słowian, liczyłam, że to się ostatecznie uda. Cieszyłam się motywem drzewa kosmicznego
i Welesa, który jest moim ulubieńcem wśród bogów słowiańskich, ale co z tego
skoro to wszystko było tylko tłem to taniego romansu bez miłości. Nie rozumiem
jak z takich sierotek rodem Gosławy można robić heroski, które ocalą świat.
Przykro mi. Ogromnie mi przykro, ale oczekuje, nawet od romansu, dużo, dużo
więcej i nie jestem w stanie ocenić tej pozycji wyżej.
Ps. jaki trzeba mieć talent, żeby przewracać się statystycznie co dwie
strony?
Nie czytałam żadnej książki z tego cyklu ani też żadnej książki Katarzyny Miszczuk. Jakoś mnie do nich nie ciągnie, mimo że o cyklu o Wiktorii Biankowskiej słyszałam raczej pozytywne opinie.
OdpowiedzUsuńPodoba mi się jak napisała tę recenzje, jest taka humorystyczna. Bardzo fajnie Ci wyszła, mimo że nie zachęca do przeczytania książki.
Zapraszam!
http://swiatwedlugkasi.blogspot.com
Również słyszałam, że cykl o Wiktorii jest dużo lepszy, ale po Kwiecie Paproci boję się znów wracać do tej autorki.
UsuńDziękuję za miłe słowa! ;)
Wiktoria to ta od anielicy? jest o wiele wiele wiele gorszy. słowo "posłusznie" pojawia się średnio co 2 strony
UsuńMogłabym napisać podobną recenzję :) Mam takie same odczucia.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że nie tylko ja tak myślę! ;)
UsuńMartwi mnie jak jej popyt na jakąś książkę i większość nie widzi jej wad.
Oo nieee! Mi się seria bardzo podobała :) Wiem, że wszystkie moje zmysły przyćmił fakt że pierwszy raz od stu lat spodobało mi się coś napisane przez polskiego autora/autorkę ale nawet mimo tego odurzenia moim 'nawróceniem' na rodzima literaturę nie doszukałam się w serii jakiś strasznych niedociągnięć :)
OdpowiedzUsuńPrzyznam jednak, że są rzeczy które bym zmieniła. Nie mogłam już znieść kto po raz 836458 Gosia postanowiła sobie sama iść na jakieś niebezpieczne spotkanie nic nikomu nie mówiąc mimo że wszyscy ryzykują życiem, żeby ją do cholery chronić. No i ten motyw z jej 'tatusiem'... słabiutko to wypadło.
Każdy ma inny gust :) Ja od kilku lat interesuję się tą tematyką, która porusza w tym cyklu pani Miszczuk i jak widzę błędy rzeczowe na temat mitologii słowiańskiej to aż mnie skręca. W tej części było już lepiej, ale np. w tomie pierwszym niewiadomo skąd brały się cmentarze, z których wyłaziły wąpierze. Autorka tego nie wytłumaczyła dokładnie, a wiadomo jest, że Słowianie kremowali swoich zmarłych, a wampir to wymysł wiary chrześcijańskiej już. Nie mówiąc już o tym, jak wspomniałaś, że Gosia jest naprawdę "ogarnięta" i ciągle robi z siebie heroskę.
UsuńŚrednio lubię książki z tej serii, nadal u mnie na półce leży Szeptucha i jakoś nie potrafię się za nią zabrać :D :D
OdpowiedzUsuńhttp://recenzentka-doskonala.blogspot.com/2018/05/caa-przyjemnosc-po-mojej-stronie.html
PS. Dodaję bloga do obserwowanych, liczę na rewanż.
Rozśmieszyłaś mnie tą recenzją. :D Świetnie ja napisałaś. No widać, że to książka na pewno nie dla mnie, ale nawet wcześniej jej nie brałam pod uwagę i chyba dobrze. :)
OdpowiedzUsuńpotegaksiazek.blogspot.com
Dziękuję! Lubię pisać recenzję z nutą sarkazmu. :)
UsuńJa jak na razie dopiero przeczytałam Szeptuchę, która była super! Zobaczymy, czy dotrwam do Przesilenia :) mam nadzieje, że wszystkie części są równie ciekawe :)
OdpowiedzUsuń